Historia przypadkowych odkryć wskazuje, że naukowcy nie powinni pochopnie odrzucać pozornie bezużytecznych i dziwnych wyników badań. Musimy być gotowi na niespodzianki – powiedział PAP prof. Chris Lintott z Uniwersytetu Oksfordzkiego.
Chris Lintott jest profesorem astrofizyki na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Oksfordzkiego i astronomii w Gresham College w Londynie. Jest też prezenterem serialu popularnonaukowego BBC „The Sky at Night” (z ang. nocne niebo). W lipcu ukazała się w Polsce jego książka „Przypadkowe odkrycia astronomiczne” (Wydawnictwo Filia).
W rozmowie z PAP naukowiec wspomniał, że właśnie przypadkiem w 2017 r. Robert Weryk z obserwatorium Haleakala na Hawajach odkrył małe ciało niebieskie Oumuamua, które wywołało burzę w środowisku naukowym. – To pierwszy taki znany obiekt z przestrzeni międzygwiezdnej. Przelatywał przez Układ Słoneczny z rosnącą prędkością. Dotychczas odkryto tylko trzy takie obiekty. Są ciemne, małe (mają kilkaset metrów średnicy) i poruszają się szybko. Słabo idzie nam ich wykrywanie – przyznał astrofizyk.
Niektórzy naukowcy, m.in. prof. Avi Loeb z Uniwersytetu Harvarda, sugerowali, że Oumuamua może być statkiem pozaziemskiej cywilizacji. – Żałuję, ale nie jest. Zweryfikowaliśmy to: wycelowaliśmy w ten obiekt radioteleskopy, żeby sprawdzić, czy wysyła sygnały i przywitać się. Nic nam nie odpowiedział. Ale to i tak fascynująca historia: uważamy, że takie obiekty są charakterystyczne dla układów gwiezdnych. Większość ciał skalistych obecnych początkowo w Układzie Słonecznym została wyrzucona w przestrzeń galaktyczną. W kosmosie muszą być więc miliardy, biliony takich obiektów z różnych układów, ale wcześniej nie przyszło nam do głowy, żeby ich szukać – zaznaczył prof. Chris Lintott.
Stwierdził, że wiele odkryć w astronomii było wynikiem pomyłek. – Moim ulubionym przykładem są szybkie rozbłyski radiowe (Fast Radio Burst, FRB), kolosalne eksplozje we wczesnym wszechświecie. Po raz pierwszy FRB wykrył w 2007 roku Duncan Lorimer pracujący w Obserwatorium Parkes w Australii. Lorimer szukał radiowych śladów pozostawianych przez pulsary i magnetary, jednak natrafił na silny, trwający ułamek sekundy sygnał znany dziś jako rozbłysk Lorimera – opowiadał badacz.
Finał tej historii okazał się zdumiewający. Na kilkanaście podobnych sygnałów w archiwach Obserwatorium Parks natknęła się kilka lat później inna badaczka. Uczeni poświęcili im sporo uwagi, aż stwierdzili, że rozbłyski zbiegają się w czasie z porami posiłków w australijskim ośrodku. Okazało się, że gdy ktoś z pracowników otwierał drzwiczki kuchenki mikrofalowej przed jej wyłączeniem, radioteleskop rejestrował FRB.
Za najważniejsze przypadkowe odkrycie astronomiczne uznał obserwację mikrofalowego promieniowania tła (ang. cosmic microwave background, CMB) wypełniającego cały wszechświat. – Odkryli je Arno Penzias i Robert Wilson podczas prób nowej anteny do odbioru fal radiowych z dużych odległości. Stwierdzili, że do anteny docierają fale z każdego kierunku, jak się potem okazało było to CMB. Jeden z odkrywców powiedział, że zdał sobie sprawę z wagi tego dokonania dopiero wtedy, gdy przeczytał o nim w „New York Timesie”. A za wykrycie tej „poświaty po Wielkim Wybuchu” w 1978 r. obaj dostali Nagrodę Nobla – opowiadał prof. Lintott.
Przywołał też przykład zespołu dr Jane Greaves z Uniwersytetu Cardiff w Wielkiej Brytanii, który w 2020 r. ogłosił wykrycie w atmosferze Wenus fosforowodoru (fosfiny). To związek, który w ziemskich warunkach można zsyntetyzować w laboratorium, ale powstaje też w wyniku metabolizmu bakterii beztlenowych w odchodach pingwinów. Dlatego dr Greaves i jej koledzy uznali, że obecność fosfiny na Wenus mogła być dowodem na istnienie tam życia.
– Naprawdę się tego nie spodziewali, testowali możliwości teleskopu JCMT (James Clerk Maxwell Telescope) na Hawajach, a potem ALMA (Atacama Large Millimeter/submillimeter Array) w Chile. Odkryli ten fosforowodór, a potem latami kłócili się z innymi badaczami o to, czy ten związek w ogóle tam jest i co to oznacza. Ale późniejsze badania Jane potwierdziły, że fosfina tam jest – stwierdził naukowiec.
Zaskakujące były również doniesienia o tempie rozszerzania się wszechświata. – Badaniem tego zagadnienia zajmowały się jednocześnie dwie grupy naukowców. Poszedłem na pierwszą prelekcję na ten temat. Przedstawiciel jednego z zespołów podczas prezentacji wyświetlił stronę internetową swojego teamu, na której było napisane: „Mierzymy spowolnienie wszechświata”. A następnego dnia widniał tam napis: „Mierzymy przyspieszenie wszechświata” - i ekspansja wszechświata rzeczywiście jest coraz szybsza. To odkrycie sprawiło, że mogliśmy wyjaśnić wiele innych zagadnień. Na przykład to, dlaczego wydaje się, że najstarsze gwiazdy we wszechświecie są starsze od samego wszechświata – tłumaczył astrofizyk.
Prof. Lintott ocenił, że nie zabraknie mu tematów do kolejnego wydania „Przypadkowych odkryć…”. – Na przykład na prawie wszystkich zdjęciach z Kosmicznego Teleskopu Jamesa Webba (ang. James Webb Space Telescope, JWST) w tle widać małe czerwone kropki. Świetnie się bawimy, dyskutując o tym, czym są. Nikt nie przewidział, że takie obiekty istnieją, a obecnie ok. jedna trzecia pracy JWST to badanie tych właśnie zjawisk – opowiadał.
Pożywkę do naukowych dysput dają też odkrycia marsjańskiego łazika Perseverance. W 2024 r. sfotografował on skałę nazwaną „Cheyava Falls”. Na jej powierzchni znajdują się milimetrowej wielkości jasne plamki otoczone ciemniejszymi pierścieniami – to tzw. cętki lamparta. – Wielu naukowców uważa, że to dzieło mikroorganizmów, co miałoby dowodzić istnienia w przeszłości życia na Marsie. Teraz armia chemików i astrobiologów prowadzi eksperymenty, aby ustalić, czy te formacje mogą powstawać bez udziału bakterii. To przednia zabawa – przyznał prof. Lintott.
Zdaniem astrofizyka historia przypadkowych odkryć wskazuje, że naukowcy nie powinni pochopnie odrzucać pozornie bezużytecznych i dziwnych wyników badań. – Musimy być gotowi na niespodzianki, bo w ten sposób się uczymy. Zamiast sprawdzać konkretną hipotezę, powinniśmy zbierać dane i szukać w nich nie tylko tego, czego oczekujemy. Ta sama zasada obowiązuje w życiu. Powinniśmy być gotowi, że nowo poznani ludzie nas zaskoczą – radził rozmówca PAP.
Opowiadał też o „nieprzypadkowych” badaniach, w których bierze udział, w tym prowadzonych za pośrednictwem Obserwatorium Very Rubin na Pustyni Atacama w Andach Chilijskich. Ośrodek ma przez 10 lat prowadzić przegląd całego nieba, nazwany Legacy Survey of Space and Time (LSST). W projekcie prowadzonym przez Stany Zjednoczone bierze udział ok. 2 tys. naukowców i analityków z 27 krajów, w tym kilkadziesiąt osób z polskich instytucji. Obserwatorium jest wyposażone m.in. w Simonyi Survey Telescope – teleskop z największą w historii kamerą cyfrową o rozdzielczości 3200 megapikseli.
– Każdej nocy dostajemy ok. 30 terabajtów danych. Jestem pewien, że kolejne wielkie, kompletnie zaskakujące odkrycie będzie zasługą Obserwatorium Very Rubin, ale nie mam pojęcia, co to będzie – podsumował prof. Chris Lintott.
Anna Bugajska (PAP)
abu/ agt/
Fundacja PAP zezwala na bezpłatny przedruk artykułów z Serwisu Nauka w Polsce pod warunkiem mailowego poinformowania nas raz w miesiącu o fakcie korzystania z serwisu oraz podania źródła artykułu. W portalach i serwisach internetowych prosimy o zamieszczenie podlinkowanego adresu: Źródło: naukawpolsce.pl, a w czasopismach adnotacji: Źródło: Serwis Nauka w Polsce - naukawpolsce.pl. Powyższe zezwolenie nie dotyczy: informacji z kategorii "Świat" oraz wszelkich fotografii i materiałów wideo.