09.07.2020
PL EN
08.04.2020 aktualizacja 09.04.2020

Potrzeba ascetyzmu (prawdziwa wyprawa do krainy lodu)

Źródło: Marginesy Źródło: Marginesy

Arktyka to miejsce, które leży na północ od każdego innego punktu na mapie; dziwne, dzikie i surowe, a zarazem bogate. Może się wydać, że 500 stron książki na ten temat to zbyt wiele. Ja chętnie tę podróż powtórzę.

Arktyka to miejsce, które znajduje się jednocześnie w każdej z 24 stref czasowych na Ziemi. Leży ono na północ od każdego innego punktu na mapie. Latem w ciągu dnia słońce zatacza tam na niebie pełen okrąg - 360 stopni, po orbicie położonej dokładnie 23,5 stopnia powyżej horyzontu.

Książka Barry`ego Lopeza "Arktyczne marzenia" (wyd. Marginesy) pozwala uświadomić sobie jego dziwność, dzikość i surowość. Autor przestrzega jednak, by nie poddać się arktycznemu wrażeniu prostoty. "Ekosystemy arktyczne cechuje ta sama elegancja i bizantyjska złożoność, ten sam dziki urok, co ekosystemy tropikalne. Składają się po prostu z mniejszej liczby ruchomych elementów - które dodatkowo na płaskiej powierzchni otwartej tundry są o wiele lepiej widoczne, bardziej dostępne i można je łatwiej policzyć".

Gdy Alvin Pedersen, duński przyrodnik po raz pierwszy przybył na północno-wschodnie wybrzeże Grenlandii, napisał: "Muszę przyznać, że ogarniają mnie dziwne uczucia na widok tej zapomnianej przez Boga kamiennej pustyni". Zanim stamtąd odpłynął, pisał o stadach piżmowołów pasących się na Ziemi Jamesona wśród bujnej zieleni, rosnącej wyżej niż głowy zwierząt oraz o niezwykłym pięknie nunataków, wolnych od lodu skalnych wież przebijających plejstoceński bezruch grenlandzkiej powłoki lodowej.

Lista zamieszkujących tam ssaków jest tak krótka, że szybko można ją wymienić z pamięci. Błędne jest jednak bijące od Arktyki wrażenie ubóstwa. Ma ona swoje nisze ekologiczne, których zwierzęcy lokatorzy "czują się całkowicie naturalnie i swobodnie". Niedźwiedzie polarne i piżmowoły, lisy polarne i różne ptaki. Zwierząt w Arktyce nie brakuje. Jednak zamiast mnóstwa gatunków o ograniczonej liczebności - na Północy spotkamy niewiele gatunków, za to o znacznej liczebności, np. duże stada karibu albo ogromne roje komarów. Choć liczne - życie Arktyki jest jednak kruche, gdyż sporo jest też czynników (np. gwałtowne zmiany pogody), mogących zaburzyć warunki odpowiednie do wydania na świat młodych. Lektura książki świetnie te mechanizmy uświadamia.

Największym zagrożeniem dla Arktyki jest jeden gatunek, drapieżnik i kolonizator - człowiek. Przewijają się w książce Lopeza obrazy z historii - przypominające, że jeśli nawet stosunek cywilizacji zachodniej do terenów polarnych miewa coś z fascynacji, i tak zawsze kończy się na eksploatacji.

Lopez przypomina np., że w samym 1823 roku w Arktyce zabito ok. 2 tys. wali grenlandzkich. "Przedmiotem tego zainteresowania było stworzenie, na które Brytyjczycy polowali w celach handlowych przez poprzednie 212 lat (...) Z tłuszczu dorosłego osobnika pokaźnej wielkości można było wytopić 25 ton oleju; a 300 - lub nawet więcej - płytek fiszbinu składało się na ponad tonę tego surowca. Sam korpus, o długości prawie 14 metrów - po odjęciu fiszbinu oraz płetw, wykorzystywanych do produkcji kleju i wycięciu tłuszczu - wyrzucano do morza jako niepotrzebną, ku uciesze i na żer wszechobecnych morskich ptaków" - pisze.

O skali eksploatacji dają też pojęcie oszacowania kanadyjskiego historyka W. Gilliesa Rossa, według którego podczas połowów w Cieśninie Davisa przypuszczalnie zginęło co najmniej 38 tysięcy wali grenlandzkich, zabitych głównie przez załogi brytyjskich statków. Dziś szacuje się, że populacja tego gatunku liczy około 200 osobników.

"Nie znamy podobnych szacunków dotyczących liczby rdzennych mieszkańców Arktyki, którzy zmarli na dyfteryt, ospę, gruźlicę, polio oraz inne choroby - według niektórych badaczy można przypuszczać, że dotyczy to 90 proc. rdzennej populacji Ameryki Północnej" - dodaje Lopez.

Współczesne gałęzie przemysłu - wydobycie ropy naftowej, gazu i surowców mineralnych - mogą podążać równie katastrofalnym szlakiem krótkotrwałej eksploatacji, jak działo się w przypadku wielorybnictwa.

Podobnie jak liczby gatunków ssaków, zagrożeń dla środowiska Arktyki nie ma wiele. Ich znaczenia nie sposób jednak przecenić. Jaką presję mogą wytrzymać naturalne mechanizmy funkcjonujące na północy? Nowe badania wskazują tymczasem na to, że organizmy arktyczne nie są w stanie poradzić sobie jednocześnie z zagrożeniami od dawna obecnymi w ich środowisku (do których są ewolucyjnie przystosowane) - i z nowymi, będącymi następstwem aktywności człowieka: niekontrolowanymi wytryskami ropy naftowej, zatruciem odpadami z działalności wydobywczej, hałasem generowanym przez żeglugę arktyczną czy nienaturalnymi zmianami w położeniu morskiej pokrywy lodowej, związanymi z pracą lodołamaczy. Nie mówiąc o zmianach klimatu.

Jeśli mamy być obecni w Arktyce w "cywilizowany" sposób - musimy ją lepiej zrozumieć - pisze Lopez.

Jego książka jest w tym pomocna, oszałamiając czytelnika rozmaitymi wymiarami tej krainy. Autor zaprasza na przechadzkę po tundrze, zachęca do przyjrzenia się, jak wiatr porywa drobne liście karłowatych drzew, do posłuchania klekotu racic migrujących stad karibu. Pomaga wyobrazić sobie, jak na tle rytmicznego szumu pociągnięć wiosła kajaka na Morzu Beauforta słychać długie, drżące tremolo foki wąsatej. Albo "poczuć" zdradliwe dla palców ostrza eskimoskich narzędzi z obsydianu.

Urokowi ulegali nawet "najeźdźcy": "Z powodu zagrożenia życia, jakie stwarza żegluga wśród nieprzewidywalnych morskich lodów, wielorybnicy podczas połowów w Arktyce często odczuwali niepokój; zarazem jednak w regionach swoich arktycznych polowań stykali się z pięknem bardziej wzniosłym i poruszającym niż wszystko, co mogli zobaczyć w innych miejscach świata".

Może się wydać, że ponad 500 stron to zbyt wiele. Ja chętnie tę podróż powtórzę.

Anna Ślązak

Zapisz się na newsletter
Copyright © Fundacja PAP 2020