Nauka dla Społeczeństwa

09.08.2022
PL EN
09.03.2022 aktualizacja 15.03.2022

A. Przegalińska: cyberwojna potrwa długo; potrzebne szkolenie w rozpoznawaniu dezinformacji

Fot. Adobe Stock Fot. Adobe Stock

W cyberwojnie Rosja ma duże doświadczenie, a wojna dezinformacyjna jest zaplanowana na długo. Zachód musi nauczyć się wojować tą bronią lepiej. Potrzebne jest szkolenie społeczeństwa w rozpoznawaniu dezinformacji czy stworzenie dobrych systemów rozpoznających pochodzenie informacji - mówi dr hab. Aleksandra Przegalińska, prof. ALK.

Prof. Przegalińska jest filozofką, badaczką rozwoju nowych technologii. Interesuje ją przede wszystkim technologia zielona i zrównoważona, humanoidalna sztuczna inteligencja, roboty społeczne i technologie ubieralne. Piastuje stanowisko prorektora ds. współpracy międzynarodowej oraz etyki i odpowiedzialności społecznej Akademii Leona Koźmińskiego.

PAP: Czy łatwo jest najeźdźcom zniszczyć sieciową infrastrukturę Ukrainy?

Aleksandra Przegalińska: Z pewnością jest to możliwe. Zniszczenie łącz światłowodowych jest trudniejsze, ale maszty radiowe można relatywnie łatwo zlikwidować. Pytanie jednak, czy Rosjanie nie chcą wykorzystać miejscowej infrastruktury do własnych celów. Muszą zachowywać łączność, a według niektórych doniesień mają z tym kłopoty. Wydaje mi się, że prosząc o Starlink (telekomunikacyjny system satelitarny budowany przez SpaceX - PAP) władze Ukrainy dmuchały na zimne, choć była to słuszna, pragmatyczna decyzja.

PAP: Może też łatwiej jest Rosji się do ukraińskich sieci włamać?

AP: Akurat Rosja ma spore doświadczenie w cyberatakach. Pytanie, czy jeśli coś takiego zrobi, sama nie padnie ofiarą międzynarodowej społeczności hakerów. Wydaje mi się, że byłaby to dosyć wyrównana walka. Ostatnio zaatakowała ją już grupa Anonymus, choć nie uważam, aby pokazali oni dużo z tego, co naprawdę potrafią.

PAP: Zakładając jednak, że duża część Ukrainy straciłaby dostęp do Internetu, kto przede wszystkim będzie korzystał ze Starlinka - rząd, wojsko, dziennikarze, zwykli ludzie?

AP: Gdy Elon Musk ogłaszał tworzenie sieci Starlink, mówił, że docelowo ma objąć cały świat, ale przede wszystkim ma pozwalać na przekazywanie informacji z miejsc, w których nie wiadomo, co się dzieje. Chodziło więc głównie o potrzeby informacyjne. Dziennikarze mogą więc być docelową grupą, ale także właśnie rząd i wojsko. Niektórzy obywatele już wcześniej, samodzielnie kupili sobie terminale Starlink, ale niestety system w Ukrainie nie działał. Teraz się to zmieniło.

PAP: A czy tych terminali wyposażonych przecież w satelitarne nadajniki nie można namierzyć i dzięki nim łatwiej zaatakować kluczowe osoby w państwie?

AP: Takie zagrożenie istnieje. Odpowiednie służby muszą zdecydować, która potrzeba jest ważniejsza - dostarczania i otrzymywania informacji, czy bezpieczeństwa. Jeśli na przykład miejsce pobytu prezydenta miałoby zostać ujawnione i jego życie lub zdrowie zagrożone, nie sądzę, aby zapadła decyzja o komunikacji. Z drugiej strony wydaje się, że obecnie dominuje potrzeba łączności i przekazywania informacji. Wiąże się z nią m.in. logistyka akcji humanitarnych, które muszą być kierowane w odpowiednie miejsca. Prezydent się przy tym specjalnie nie krył, nawet do niedawna fotografował się na tle różnych budynków.

PAP: Wspomniała pani o dziennikarzach. Obecnie dzięki sieci prawie każdy na świecie może śledzić, co się w Ukrainie dzieje. Od opinii publicznej natomiast w dużej mierze zależą decyzje innych państw. To może mieć kolosalne znaczenie dla przebiegu i wyniku konfliktu.

AP: Zdecydowanie się z tym zgadzam. Myślę, że gdyby nie postawa Ukrainy, którą zobaczył cały świat w mediach społecznościowych, gdyby nie to, jak niesie się obecnie informacja, to nie mielibyśmy takiego nastawienia. Sądzę, że z każdym kolejnym dniem, z którym wiemy więcej, wsparcie dla Ukrainy się umacnia.

PAP: Tymczasem druga strona medalu jest taka, że najwięksi internetowi gracze ograniczają dostęp rosyjskim, kontrolowanym przez rząd serwisom.

AP: To na pewno też ma znaczenie, ale mam pewną obawę. Otóż Rosjanie są doskonali w opłacaniu troli z rozmaitym przekazem informacyjnym. Duża część problemu dotyczy więc informacji płynącej oddolnie od różnych grup np. paramilitarnych, nacjonalistycznych i innych. Nawet w Polsce już zaczęły się pojawiać takie fakenewsy o tym, czego to niby Ukraina nie zrobiła. Są jednak osoby, które będą chciały takie informacje podchwycić i przekazać dalej. Rosja nawet często nie będzie musiała nic robić. Można powiedzieć, że mamy do czynienia z pewnego rodzaju ośmiornicą i strasznie trudno jest z nią walczyć. Google i inne serwisy zaczęły co prawda weryfikować i kasować niektóre treści, ale to niezwykle trudne zadanie.

PAP: Nie można sobie z tym jakoś poradzić?

AP: Potrzebne jest tak naprawdę szkolenie społeczeństwa w rozpoznawaniu dezinformacji. Ludzie powinni wiedzieć też, że nie warto przekazywać podejrzanych newsów dalej, nawet jeśli ich oburzają. Podobny problem dotyczy udostępniania informacji o miejscach zgrupowania wojsk. Takie dane ułatwiają przecież atak nieprzyjacielowi. Ludziom tymczasem zdaje się, że dzielenie się wszelką informacją jest dobre. Nie zawsze tak jest! Apeluję więc do wszystkich, aby zachować czujność, nie przekazywać podejrzanych informacji i je zgłaszać. Uważam, że takie masowe działania przynoszą skutki. Trzeba zachować czujność nie tylko przez kolejne dni, ale przez najbliższe miesiące.

PAP: A nie ma jakichś technicznych sposobów na walkę z dezinformacją?

AP: Trzeba by stworzyć bardzo dobre systemy tagujące. Pracuję w przestrzeni sztucznej inteligencji i jestem w stanie sobie wyobrazić modele, które dobrze rozpoznają słowa klucze, treści czy pochodzenie informacji. Niestety budowa takich systemów trochę trwa. Zadziwia, że nie jesteśmy jeszcze dobrze przygotowani. Ćwiczyliśmy to już przecież w 2016 roku, w czasie wyborów prezydenta w USA, kiedy Rosja silnie rozsiewała dezinformację.

PAP: Jest jeszcze trzecia strona internetu ważna w obecnej sytuacji - transakcje i płatności, które właśnie w Rosji są ograniczane.

AP: To prawda, choć są też inne możliwości, która Rosja może wykorzystać - np. kryptowaluty. Docierają do mnie informacje, że mogą zacząć być intensywnie wykorzystywane. W sieci krążą już pytania, czy Rosja może obejść niektóre sankcje z pomocą kryptowalut.

PAP: Może?

AP: Istnieją pewne opcje. W teorii można do pewnego stopnia kontrolować giełdę wymiany, natomiast w praktyce Rosja może dobrze ukrywać takie transakcje. Chowanie dużych sum będzie trudne, ale można sobie wyobrazić, że do pewnego stopnia będzie wykonalne. Nakładając na Rosję ograniczenia, skupiono się głównie na elektronicznym obiegu tradycyjnego pieniądza.

PAP: A co z odcięciem Rosji od innych, mniej oczywistych usług elektronicznych?

AP: Istnieją pewne możliwości. Można na przykład wyłączyć dostęp do systemu GPS.

PAP: Patrząc na to wszystko, można odnieść wrażenie, że nie umniejszając oczywiście tego, co dzieje się w realnym świecie, duża część walki przeniosła się do sieci. Po części mamy do czynienia z wojną informacyjną i informatyczną...

AP: Wojna, w której giną ludzie, to prawdziwy konflikt, ale istnieje też front równoległy. W takiej wojnie - cyberwojnie Rosja czuje się bardzo dobrze. Od długiego czasu się w niej trenuje. Ma w tym duże doświadczenie, czuje się na tym polu pewnie. Przy tym, jeśli chodzi na przykład o dezinformację musimy mieć na uwadze długi okres. Możemy sobie wyobrazić, że Kijów się utrzyma, albo że niestety, upadnie. W obu przypadkach, przed nami wiele miesięcy naprawdę silnych turbulencji o globalnym charakterze. Wojna dezinformacyjna jest zaplanowana na długo. Jest procesem, który powoli przynosi skutki. Rosja ma tutaj ogromne doświadczenie i zachód musi nauczyć się wojować ta bronią lepiej. 

PAP - Nauka w Polsce, Marek Matacz

mat/ ekr/

Przed dodaniem komentarza prosimy o zapoznanie z Regulaminem forum serwisu Nauka w Polsce.

Copyright © Fundacja PAP 2022