09.07.2020
PL EN
30.03.2020 aktualizacja 30.03.2020

"Wbrew bogom": po co było się tak trzymać tego Arystotelesa?

Krzysztof Dołowy opisuje historię ludzkości, pokazując największe przełomy naukowe i zwracając uwagę na to, co blokowało rozwój nauki. A w jego ocenie w Europie na drodze nauki zbyt często stawał niepotrzebnie Kościół, zbyt długo trzymający się kurczowo np. przemyśleń Arystotelesa.

Prof. Krzysztof Dołowy - profesor nauk przyrodniczych, biolog, fizyk, chemik, zasłużony popularyzator nauki - w swojej książce "Wbrew bogom, czyli od magii i religii do metody naukowej... i z powrotem" zwraca m.in. uwagę na to, co sprawiło, że nauka nie rozwijała się na świecie tak szybko, jak by mogła.

Dołowy nie ukrywa swojego krytycznego spojrzenia na Kościół, który nie raz w historii piętnował naukowców i blokował możliwość swobodnego rozwoju myśli naukowej. Z czasem okazywało się zresztą w różnych wypadkach, że Kościół ustępował pod naporem dowodów naukowych i wycofywał się ze swoich stwierdzeń dotyczących świata (płaska Ziemia, teoria geocentryczna, dosłowne traktowanie treści z Biblii mówiących o stworzeniu Ziemi i człowieka) i modyfikował swoje oficjalne stanowisko, co przecież prowadziło do rozwoju myśli chrześcijańskiej.

Krzysztof Dołowy wielokrotnie w swojej książce zwraca uwagę na to, jak dużą blokadą w rozwoju nauki było zbyt kurczowe trzymanie się przemyśleń Arystotelesa. Ten grecki filozof miał sporo złych pomysłów, które traktowano jako niekwestionowaną prawdę o wiele, wiele za długo. I tak np. Arystoteles uważał, że ciała spadają ze stałą prędkością (wiemy już, że mamy przyspieszenie ziemskie), że Ziemia jest nieruchoma (Kopernik pokazał, że raczej nie), że to serce odpowiada za proces myślenia (chyba tylko w metaforach)...

Mnie akurat trudno było przebrnąć przez książkę "Wbrew bogom". Wprawdzie jest tam sporo ciekawych historii wynalazków, odkryć czy przełomów w nauce. Ale myśl przewodnia jakby ginęła między tymi historiami i gubiła się w natłoku informacji. Pewnie gdyby nie epidemia i społeczna izolacja, ciężko byłoby mi się zabrać do lektury.

Skoro już jednak o epidemii mowa, Krzysztof Dołowy przywołuje też w swojej książce koncepcje dotyczące miazmatów ("gnijącego powietrza"), jakich od XVII do XIX wieku używano, aby wyjaśniać, jak przenoszą się choroby zakaźne. "Zgodnie z hipotezą morowego powietrza, aby zapobiec chorobom, należało pozbyć się przede wszystkim smrodu" - pisze autor. I zaznacza, że smród ten próbowano maskować przyjemnymi zapachami. Były to np. palone w domach kadzidła i wonne zioła. Powietrze miał też oczyszczać dym czy płonąca siarka.

"Lekarze z kolei nosili na twarzach specjalne maski przypominające ptasie dzioby, w których umieszczano pachnące zioła lub olejki albo nasycone octem tampony, tak aby „morowe powietrze” bijące od chorego nie doleciało do nosa medyka, co miało zabezpieczyć go przed zarażeniem" - pisze popularyzator. I dodaje, że akurat fałszywe przesłanki prowadziły przypadkiem do prawdziwych wniosków, bo morowe maski stanowiły większe zabezpieczenie niż brak masek". No to już wiemy, po co w tych maskach były dzioby.

"Wbrew bogom, czyli od magii i religii do metody naukowej... i z powrotem" Krzysztofa Dołowego ukazała się nakładem Wydawnictwa CeDeWu.

Ludwika Tomala

Zapisz się na newsletter
Copyright © Fundacja PAP 2020