20.04.2019
PL EN
10.04.2015 aktualizacja 23.01.2018
Anna Ślązak
Anna Ślązak

Eksperci w Senacie rozmawiali o ochronie wilka

Fot. Fotolia Fot. Fotolia

Wilka trzeba chronić - uznali naukowcy, leśnicy i myśliwi, uczestnicy konferencji "Przyszłość wilka w Polsce" w Senacie. Każda z tych grup ma jednak inną wizję ochrony. Eksperci zgodzili się, że w Polsce nie ma jednolitego systemu monitoringu populacji wilka.

W Polsce żyje obecnie ok. tysiąca wilków - to najwięcej od momentu zakończenia II wojny światowej. Ochroną na terenie całego kraju objęto je w 1998 r. - powiedział na czwartkowej konferencji zorganizowanej przez senacką komisję środowiska dr hab. Krzysztof Schmidt z Instytutu Biologii Ssaków (IBS) PAN w Białowieży. Dodał, że ok. 2005 r. wilki żyły głównie na wschodzie kraju i w Karpatach. Obecnie trwa ich ekspansja na zachodzie i w północnej części Polski.

Zdaniem ekspertów w Polsce jest miejsce dla 1400-1500 wilków.

Aby skutecznie chronić wilka, potrzebny jest jednolity system monitoringu i zbierania danych na temat populacji - podkreślali uczestnicy konferencji: naukowcy, leśnicy i myśliwi.

"Z całą pewnością potrzebny jest nam monitoring, właściwe zasady i sposób jego prowadzenia. Nie jest to coś, czym mógłbym się pochwalić i powiedzieć, że wygląda to jak docelowy model, który pozwoliłby właściwie szacować wielkość populacji i przewidywać jej trendy" - przyznał podsekretarz stanu w Ministerstwie Środowiska i Główny Konserwator Przyrody, Piotr Otawski.

Prof. Henryk Okarma z Instytutu Ochrony Przyrody PAN w Krakowie zaproponował, by informacji nt. wilków, a także rysi czy niedźwiedzi, dostarczały obwody łowieckie z całej Polski. "Jeśli się mówi o zarządzaniu gatunkiem, musimy wiedzieć, ile tych zwierząt jest" - powiedział. Dodał, że takie dane pozwoliłyby określić zasięg i liczebność gatunku.

Uczestnicy konferencji byli zgodni, że wilka należy chronić. Różnili się jednak w opiniach, jak to powinno wyglądać.

"Ochrona drapieżników niekoniecznie oznacza ich ścisłą ochronę" - mówił prof. Okarma. Zauważył, że jeden etap ochrony wilka skończył się sukcesem, gdyż populacje przetrwały i obecnie są w ekspansji. W ostatnich latach w Polsce "przeszliśmy od jednej skrajności: zabijania wilka bez ograniczeń - do drugiej skrajności: ekstremalnej ochrony wilka" - ocenił.

Jego zdaniem wilk nie jest "gatunkiem specjalnej troski", natomiast powoduje on konflikty i powinien zostać objęty systemem zarządzania. Źródłem konfliktu są straty, jakie w związku z obecnością wilka ponoszą koła łowieckie. Profesor uznał też, że myśliwi "są jedyną siłą w terenie, która jest w stanie coś z tymi wilkami zrobić".

W modelu zarządzania zaproponowanym przez prof. Okarmę myśliwi mieliby "aktywnie gospodarować" populacją wilków żyjących na wschód od Wisły. W zachodniej części kraju obecnie działania takie nie są wskazane - do momentu, aż wilków wyraźnie przybędzie. Wtedy również na zachodzie można by było określić liczbę zwierząt, które należy zachować.

Przeciw takiemu podejściu opowiedziała się dr Sabina Pierużek-Nowak ze Stowarzyszenia dla Natury "Wilk". "Kiedy wykonuje się jakieś działanie w środowisku naturalnym - trzeba zrobić rachunek zysków i strat. Bezsensowne jest podchodzenie do zarządzania populacją jakiegoś gatunku dlatego, że jakaś grupa ma ochotę polować. Trzeba się zastanowić, czy z ekonomicznego rachunku wynika, że to polowanie będzie korzystne dla gospodarki, czy nie spowoduje strat ekonomicznych" - mówiła.

Jej zdaniem ważne jest nie tylko to, by zachować w Polsce "jakąś" liczbę wilków, ale by mieć populację, która będzie w stanie utrzymać w ryzach populacje dzikich zwierząt kopytnych. Zwłaszcza, że te są coraz liczniejsze, co powoduje straty rolnicze. "Szkody od dzików idą w miliony złotych. Na odszkodowania dla rolników wydaje się 54 mln zł rocznie. W woj. podlaskim wyasygnowano sporo środków finansowych na to, żeby odstrzeliwać dziki. Za jednego dzika myśliwemu płaci się 400 zł! A wilki robią to samo codziennie bez żadnych opłat" - podkreśliła.

"Jest wiele innych gatunków, które są palącym problemem, od których odszkodowania są na bardzo wysokim poziomie. Nie słyszałem, byśmy dyskutowali na temat bobra, który występuje w całej Polsce. Nad takimi gatunkami należy się zastanowić, a wilka - póki co - zostawić w spokoju" - dodał prof. Rafał Kowalczyk z IBS PAN.

Dr Pierużek-Nowak zaznaczyła, że Polska ma bardzo dobre rozwiązania służące ochronie i zarządzaniu populacją wilka. Np. program zachowania siedlisk w ramach sieci Natura 2000 (siedliska wilka są chronione w ponad 70 obszarach z tej sieci), projekt korytarzy ekologicznych czy zapewnienie łączności ekologicznej (poprzez budowę przejść nad drogami i autostradami).

Są też metody ochrony gospodarstw przed atakami wilków, jak np. programy pomocy hodowcom realizowane przez Regionalne Dyrekcje Ochrony Środowiska, w ramach których hodowcom przekazuje się pastuchy elektryczne i fladry - długie cienkie sznurki z naszytymi wstążkami. Taki zestaw dobrze zabezpiecza stada.

"Myśląc o zarządzaniu, powinniśmy zacząć od dyskusji na temat konstruowania instrumentów, które dadzą nam racjonalną możliwość gospodarowania zasobem zwierzyny, która nie jest jeszcze - albo nie chcemy, żeby była - zwierzyną łowną" - zaznaczył Piotr Otawski z resortu środowiska. Jak podkreślił, w Polsce nie ma na razie narzędzi prawnych, pozwalających zarządzać populacjami gatunków innymi niż łowne. I choć ustawa o ochronie przyrody teoretycznie przewiduje odstrzały redukcyjne, to nie zawiera ona zasad ani metod, w jaki sposób odstrzały te miałyby być wykonywane - zauważył.

Wilki w Polsce polują głównie na jelenie, sarny i dziki. Przy mniejszym udziale innych gatunków zwierzęta te stanowią 97-98 proc. ich diety. Zdarzają się również przypadki napadania przez wilki na zwierzęta gospodarskie, stanowiące w ich diecie 2-3 proc. Wielkość szkód powodowanych przez wilki w skali kraju jest jednak nieduża. Wysokość odszkodowań, wypłacanych co roku hodowcom, wynosi ok. 500 tys. zł. Dla porównania, odszkodowania za straty wyrządzone przez bobry w 2014 r. zapłacono ponad 17 mln zł.

PAP - Nauka w Polsce

zan/ gma/

Copyright © Fundacja PAP 2019